O syndromie Michałka w dzisiejszych czasach

Autor Admin w O PSYCHOLOGII INACZEJ | 0 komentarze

 

Ciekawa jestem, jakie będą wasze przemyślenia po przeczytaniu poniższego tekstu.

Zapraszam do lektury i czekam na wasze komentarze :)

Syndrom Michałka

businessman sit on chair

„Mój znajomy opowiedział mi historię swojego znajomego. Poznał go z polecenia innego znajomego. Człowiek ten był na zakręcie życiowym, bez pracy, w wynajętym pokoju, z młodą żoną, tuż po rozwodzie z poprzednią. Nie miał nic, oprócz długów. Czuł się fatalnie. Stwierdzono u niego wysokie ciśnienie, chorobę wieńcową, stan przedzawałowy. Jego umiejętności były w zasadzie mało przydatne w firmie znajomego, która zajmuje się udzielaniem porad prawnych i organizacyjnych dla firm. Jedyne, co mógł zaoferować, to rozliczne doświadczenia w pracy na kierowniczych stanowiskach. Niestety dość odległe, gdyż nie ominął go wieloletni los bezrobotnego menedżera. Oczywiście, jako człowiek zdesperowany gotów był podjąć się każdego zajęcia, choć uczciwie przyznawał, że jego główny atut to determinacja i wdzięczność. W końcu jednak sporo umiał. Z wykształcenia był plastykiem, choć nigdy tego zawodu nie uprawiał. Od początku transformacji wciągnął go biznes, świat korporacji, zarządzanie. Czasy były przejściowe, zatem awansował szybko.

Wzruszony determinacją i sytuacją, w której się znalazł ów człowiek, mój znajomy zaproponował mu zajęcie się doradzaniem innym menedżerom, tym, co to wciąż mieli pracę w korporacjach i byli młodsi od niego i wiekiem, i stażem. Pomyślał, że jego doświadczenie, nawet jeśli zaprawione goryczą, może się przydać młodszym koleżankom i kolegom menedżerom. Na początku było w jego gotowości do pracy sporo deklaracji na wyrost. Co innego bowiem jest robić skrzypce, co innego uczyć, jak robi się skrzypce, a jeszcze co innego grać na skrzypcach, nie mówiąc już o uczeniu innych, jak się gra na skrzypcach.

Otrzymał pierwszą zaliczkę i ochoczo przystąpił do pracy. Za pierwsze pieniądze kupił żonie markowe perfumy, czym nie omieszkał wszystkim się pochwalić. Ludzie w firmie gratulowali mu optymizmu i podziwiali, że pomyślał o żonie. „Ten upominek to dla niego i dla niej pewnie symbol odbicia od dna” – mówili. Nowy pracownik robił dość szybkie postępy. Zaczął godziwie zarabiać. Dobra prezencja, czarne włosy, uroda w typie hiszpańskim, doskonała dykcja przy wizerunku dojrzałego mężczyzny w sile wieku – sprawiały na klientach bardzo dobre wrażenie. Rósł w siłę. Coraz lepiej żonglował informacjami i nową wiedzą. Szybko uczył się aspektów prawnych, a w kwestiach organizacyjnych radził sobie doświadczeniem i pewnością siebie. Za kwartalną prowizję kupił najnowszej generacji supertelewizor, kosmiczna technologia, błyskawiczny transfer danych. Ktoś spytał, czemu nie spłaca długów, ale w odpowiedzi usłyszał, że tak długo oboje z żoną klepali biedę i znosili upokorzenia, że czas najwyższy na odrobinę luksusu. Długi jeszcze chwilę mogą poczekać. Ludzie go podziwiali za odwagę, optymizm i za to, jak szybko wydobywa się z dołka. W połowie roku był już na tyle samodzielny, by samemu jeździć na spotkania do klientów, na prezentacje nowych ofert i wreszcie na szczegółowe konsultacje. Trochę źle się czuł fizycznie. Był przemęczony i coraz częściej wspominał o kłopotach z żoną, która nie dość, że nie szukała pracy, godzinami przesiadywała sama w domu, pocieszając się winem, to jeszcze narzekała na jego częste wyjazdy. W miesiąc później rozstał się z żoną. Wtedy też kupił samochód w leasingu – nowego mercedesa. Choć auto było dość drogie, to jednak niezłe zarobki i wysoka przedpłata przekonały bank do udzielenia leasingu. Skąd wziął pieniądze na przedpłatę? Pożyczył, od kogo mógł, czyli od ciotki, kłopoty tłumacząc rozwodem, załamaniem nadziei i kolejnym zakrętem życiowym. Czuł się jednak znacznie lepiej, był pełen energii. Ktoś spytał: „dlaczego mercedes, taki drogi samochód?”. No cóż, to jasne. Potrzebował tej odrobiny luksusu, żeby jakoś się otrząsnąć z tak trudnej sytuacji. Miesiąc później przestał pracować w firmie znajomego. Odszedł, czując się niedoceniany, zwłaszcza finansowo, gdyż jako samodzielny doradca i konsultant biznesowy mógł dostawać znacznie wyższe stawki u konkurencji. No cóż, to naturalne. Choć jedni ludzie w firmie powtarzali, że to niewdzięczność, to inni znowu, że przecież jest wolny rynek i wiele wyzwań, zwłaszcza dla indywidualistów. Szybko dostał pracę u konkurencji, tym bardziej że nowych ofert szukał, pracując jeszcze u znajomego. Otrzymał znacznie wyższą stawkę. Wtedy kupił sobie na kredyt rasowego konia pod siodło. To zawsze była jego pasja. A miesiąc później związał się z nową kobietą, także pasjonatką jeździectwa. Postanowił kupić mieszkanie, zwłaszcza że jego partnerka miała pewne oszczędności.

Pewnego razu, mniej więcej pół roku później, wracając od klienta, wpadł w poślizg. Pasażerom nic się nie stało, choć sam złamał nogę. Mercedes został jednak doszczętnie rozbity. Czuł się źle, tym bardziej że firma leasingowa postawiła całą sumę należną za mercedesa w stan wymagalności. Innymi słowy, do czasu rozliczenia z ubezpieczycielem, trzeba było spłacić jednorazowo całą kwotę leasingu, dopiero potem mogło nastąpić rozliczenie ostateczne. W przypadku nowego, drogiego samochodu, zawsze się na tym traci. Sumę spłacił z oszczędności narzeczonej. Sam, z nogą w gipsie, nie mógł pracować, więc bez kontraktów nie zarabiał. Z narzeczoną rozstał się jeszcze w szpitalu, podpisując zobowiązanie spłaty długu w obecności notariusza. W trzy miesiące później zatrudnił się w nowej firmie. Wtedy też zaczął jeździć bmw. Przekonał nowego pracodawcę, żeby zamiast kupować mu, byle jaki, służbowy samochód w rodzaju opla lub forda, wpłacił pierwszą ratę leasingu na bmw, on zaś będzie spłacał kolejne czynsze leasingowe. Po wypadku potrzebował odrobiny psychicznego komfortu, żeby jeździć bardziej bezpiecznym samochodem.

Wtedy okazało się, że mój znajomy ma wspólnych znajomych z ostatnią narzeczoną swego dawnego pracownika i przypadkiem spotkali się na kolacji u pewnego księdza, profesora psychologii. Wspólnie opowiedzieli całą historię.

– Pewnie jesteście ciekawi, co za przypadłość gnębi bohatera tej powieści – rzekł ksiądz.

– Tak, oczywiście jesteśmy bardzo ciekawi – odrzekli wszyscy goście zgodnym chórem.

– Ów człowiek jest bardzo nieszczęśliwy i chory. Im dłużej i mocniej rozwija się ta przypadłość, tym trudniej jest się z niej wyleczyć.

– Co to za choroba? – ponownie odezwał się chór.

– Otóż nie jest to choroba, tylko syndrom Michałka. Kiedy raz się uaktywni, bardzo trudno jest się go pozbyć, a rezultatem są zazwyczaj choroby i poczucie głębokiego nieszczęścia.

– Cóż to takiego ten syndrom Michałka? – spytała narzeczona, znajomy zaś dodał, że po raz pierwszy słyszy o takim zjawisku.

– Otóż Syndrom Michałka pochodzi od chłopczyka, którego rodzice bardzo kochali. Był ich oczkiem w głowie i ukochanym Misiem. Michałek był jedynakiem przez kilka lat, dopóki w rodzinie nie przyszło na świat drugie dziecko, też chłopczyk. Rodzice byli bardzo zajęci młodszym braciszkiem, który sporo w niemowlęctwie chorował i dokazywał, dokazywał i chorował, pewnie z powodu zbyt wczesnej rozłąki z matką. Czując się winnymi wobec Michałka, rodzice starali się rekompensować brak czasu i wyłącznego zainteresowania wizytami w sklepie z zabawkami. Szczęśliwy chłopczyk co tydzień wychodził ze sklepu z nową zabawką, którą niestety bardzo szybko psuł mu jego młodszy braciszek. Szczęście mijało po tekście ojca lub matki: „Pozwól, Michałku, pobawić się braciszkowi, przecież jest młodszy od ciebie, a ty jesteś starszy i powinieneś być mądrzejszy”. Rozgoryczenie Michałka i jego protesty dodatkowo złościły młodszego braciszka i rodziców, wzajemne wyrywanie zabawek kończyło się ich nieuchronnym zniszczeniem. Kolejna wizyta w sklepie przysparzała z czasem dodatkowych problemów, gdyż Michałek albo już miał wszystkie zabawki, którymi dysponował sprzedawca, albo braciszek chciał mieć dokładnie taką samą zabawkę jak Michałek. W rezultacie dantejskie sceny między braćmi przenosiły się z domu do sklepu. Zakup dwóch identycznych zabawek, który doradziła doświadczona ciocia, tak- że nie pomógł, gdyż braciszek i tak niszczył obie. Wtedy Michałek wpadł na iście szatański pomysł i sam zaczął niszczyć zabawki. Tego jednak było rodzicom za wiele. Rekwizycja wszystkich niedobitków spośród ciężarówek, gier i rycerzy skończyła się skokiem temperatury u Michałka. Im bardziej braciszek tryumfował, tym mocniej Michałek zapadał na zdrowiu, im bardziej temperowano braciszka, tym mocniej ten dokazywał, niszcząc również własne niedobitki zabawek. Jedynym, krótkotrwałym antidotum, zarówno na wybuchy złości, jak i nawroty choroby, stawał się nowy zakup. Rodzice z przerażeniem spostrzegli, że młodszy braciszek również zaczął wpadać w Syndrom Michałka.

– Ale przecież mój były narzeczony jest czterdziestopięcioletnim mężczyzną – wykrzyknęła była narzeczona.

– Nie przerywajmy księdzu, niech dokończy – zmitygował narzeczoną jeden z gości.

– Syndrom uaktywnia się w różnym wieku. Oznacza zaakceptowanie przekonania, że miłość można czymś zastąpić. I choć zastąpienie miłości zabawką nie jest skuteczne, związek przyczynowy już powstał. Trzeba zatem więcej większych, lepszych zabawek, przedmiotów, pieniędzy, znaczącej pracy, prestiżowych spotkań, jeszcze bardziej prestiżowych spotkań i jeszcze bardziej znaczących dyplomów. Syndrom się upowszechnia, staje się pandemią, gdyż dookoła są setki podobnych osób, które za wszelką cenę próbują zastąpić miłość – zabawką. Ich biografia składa się z cyklu nadziei na miłość po otrzymaniu nowej zabawki i rozczarowania, że ów stan, który biorą za miłość, trwa tak krótko. Zabawka niszczeje lub już po chwili nie jest w stanie wywołać choćby cienia tej przyjemnej emocji z pierwszej sekundy i ląduje w kącie. Brak miłości wprost skutkuje złym samopoczuciem i w końcu chorobami. Na moment energia wzrasta wraz z nową nadzieją, którą daje nowa zabawka, lub z nową złością, gdy zabawka zostaje zepsuta. Syndrom jest tak bardzo niebezpieczny i zaraźliwy, gdyż przekonanie, że miłość można czymś zastąpić, tworzy zamknięte koło, wzorzec, który powtarza się wielokrotnie w nadziei na zabawkę życia, dyplom ostateczny, awans totalny, który raz na zawsze zastąpi miłość albo, co gorsza, będzie samą miłością. W dodatku droga do zabawek jest łatwo dostępna, jasno określona. Wystarczy mieć pieniądze, zdać egzamin, kupić wypasiony telewizor, pokazać się w znanym miejscu itd. itp. Oferta jest niewyczerpana. Syndrom Michałka ma jeszcze jedną bardzo ważną cechę – eliminuje ludzi, tworzy i umacnia przekonanie, że miłość może się urzeczywistnić bez drugiego człowieka, że można zaoszczędzić czas, a nawet z niego zrezygnować. Czas na wzajemne kontakty, troszczenie się o siebie, spieranie, podnoszenie, okrywanie, przyjaźnienie, przytulanie, kochanie, karmienie, tłumaczenie, troskę, szczerość, radość – ten czas jest zbyteczny, gdyż nikt tak dobrze się o ciebie nie zatroszczy, jak nowy, bezpieczny, bezprzewodowy czajnik z gwizdkiem, jakiego jeszcze nikt ze znajomych nie ma.”

 

Powyższy fragment pochodzi z książki „Coaching, czyli restauracja osobowości” – Maciej Bennewicza.

 

 

Tags: , ,

Leave a Reply

Your email address will not be published.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Znajdź nas na Facebooku

Najnowsze komentarze